|
Archiwum
|
środa, 14 marca 2012
Wiosna
U niej wiosna w odcieniu zorzy polarnej. Fiordy nadal jedzą jej z ręki i choć czasami czuje, że miłość smakuje trochę jak ciepła wódka z plastikowego kubeczka na tanim kempingu w Grajewie…, to cieszy się i celebruje ten stan. Woli być poszukiwaczem przygód niż ofiarą czyjegoś losu! I... miło jest na wiosnę mieć czyjś bałagan na głowie. Smutne statystyki jej znajomych świadczą jednak, że w ogóle trudno teraz o prawdziwego samca, któremu można by stawiać ołtarze. Ideały stanowczo nie istnieją a jeśli nawet, to są zawsze tak bardzo spóźnieni w Twoim życiu, że albo cię już nie ma albo jesteś, ale u boku egocentrycznego palanta z dwójka rozdartych karaluchów. Mężczyźni bowiem dzielą się na trzy podgrupy. Pierwsi, to tacy, co im tak oczy pizdą zaszły, że jedyne, o czym mówią to o wspólnej przyszłości i planowanych karaluchach. Z doświadczenia wie, że takie płomienne uczucia gasi najsłabszy wytrysk, więc należy mieć się na baczności i uważać, aby ten wytrysk nie nastąpił-był w środku. Drudzy to tacy, co to awizują się na skurwysyna z zamrożonym sercem. Jej skromnym zdaniem grupa wyjątkowa wkurwiająca z wadami nie do obejścia. Bo jak można słuchać złotoustych tekstów w stylu: „chciałbym, ale nie potrafię kochać”, co jest tak samo prawdziwe jak „nie kupię motoru bo się na nim zabiję”… No, ale ze wszystkich męskich feromonów nie chciałaby sztachnąć takiego, co to sam nie wie, czego chce a tego, co chce, to się kurwa boi…Od takich z daleka, bo inaczej życie spędzisz w domowym piekle w silnym szczękościsku. Okazuje się więc, że wiosna często daje się we znaki i przynosi nowe, nieoczekiwane problemy. I choć głęboko wierzy, że wiosna nie jest jakąś zbiorową halucynacją, to co poniektórym rzeczywiście najebało prądu w kitę…
poniedziałek, 05 marca 2012
spowiedź
Zawsze uważałam ją za łikendowego alkoholika, który zapije w piątek, trzeźwieje w niedzielę a następnie pokutuje pięcioma dniami roboczej abstynencji. Prawda tego paradygmatu zniknęła dawno jak kiedyś jej dziewictwo i dochodzi do niej gorzka prawda, że jest 100%owym alkoholikiem a cechy odróżniające ją od definiowanego powszechnie żula to fakt, że pije wolniej, lepsze trunki i wciąż używa „popitki”. W dniu, w którym na propozycję popitki wykrzyczy „Popitka? Pitkę to ja mam w majtkach”– zgłaszam ją na konsultacje do AA. Choroba postępuje jednostajnie przyspieszenie, atakuje miejscami, anachronicznie. Skutki pijaństwa, czyli jej reakcje oznaczają jej kamieniami milowymi exodus na dno. Często łapie się na tym, że jest wkurzona na samą myśl bycia na imprezie „kierowcą”. A jeśli już, to kończy się to poranną eskapadą ciapągiem bądź innym środkiem transportu do centrum po zostawioną w nocy furę. Co gorsza, w takie dni upija się bardziej niż normalnie, zgodnie z zasadą natychmiastowego nadrabiania strat (potocznie karniaków). Limit odpowiedzialności w przypadku jej doskonałości wynosi opcjonalnie od czterech drinków wzwyż – potem można ją już namówić do wszystkiego. Nie nawilża ją też fakt, gdy zwyczajnie nie może sobie walnąć paru głębszych lub gdy przez pieprzoną unifikację zasad wypada jednak wylać za kołnierz. Zawsze jest łotewerowa okazja, żeby coś chlapnąć, poczynając od słusznych toastów w stylu „za twoje zdrowie”, „za powodzenie w czymkurwakolwiek”, poprzez toasty mniej potrzebne w stylu „zdrowie pięknych pań” lub „za tych, co ich z nami nie ma”, aż do toastów bardziej wyszukanych w stylu „za ofiary międzynarodowych zwyczajów handlowych” lub „za uznanie heroiczności naszych cnót”. Bycie alkoholowym oportunistą nigdy się nie kończy a komórka odpowiedzialna za wymyślanie okazji do degustacji to istne perpetum mobile. Z godnie z zasadami sztuki perswazji, sukces należy wzmocnić natychmiast. Ergo? Zrobisz coś dobrze – opij natychmiast. Nie w najbliższy weekend. Natychmiast! I tak ona: w środę nawilżona skutecznym spotkaniem – opija, w czwartek widzi się z Kate ( 100 lat jej nie widziała) – opija, piątek – zawsze opija, sobota – imieniny kota, niedziela – delikatnie bo jutro do pracy, poniedziałek – a wkurwili ją w pracy – pije, wtorek – ja nie walnę? i tak ad infinitum. Zamiast walczyć z nałogami, zawarła unię personalną z butelką i pokochała swoje nałogi. W końcu każdy melanż przebiega zgodnie z zasadą Pareto – alkohol stanowi 20% składników imprezy, ale daje 80% wrażeń. A kiedy ja chwycą wyrzuty sumienia, wtedy zawsze myśli z podziwem i sympatią o byłym prezydencie, który wszędzie chodził ze swoją drugą połówką. Zawsze na stendbaju – szacun!
piątek, 02 marca 2012
lolita
- Nabroiłam? – napisała mu smsa. - Byłaś bardzo grzeczna, może aż za bardzo – odpisał po sekundzie. W pomieszczeniu panowała gęsta mgła papierosowego dymu. Może właśnie dlatego, gdy ledwo coś widać, zaczyna działać wyobraźnia. W każdym koncie siedziały nastoletnie lolitki ubrane jedynie w coś, czego jej babcia z pewnością nie nazwałaby bielizną i rozglądające się w poszukiwaniu ofiary. Na podeście przy rurze tańczyła zupełnie naga blondynka, która albo była w ciąży albo miała słabość do majonezu i słodyczy. Ale jak to mówi jej przyjaciel, przy odpowiednim świetle (lub jego braku) każda kobieta jest boginią seksu. Było gorąco. Bardzo gorąco. Nie pomagał Jack Daniels na lodzie ani letnia koszula rozpinana coraz szerzej. - Masz ochotę z nami posiedzieć? – spytała ją posągowa blondynka o twarzy anioła, która zmaterializowała się koło nich. Była piękna. Jedynie dowód osobisty mógł zdradzić, że jej organizm jeszcze produkował kolagen. - Ja płacę – powiedział On i zanim się zorientowała, siedziała na kanapie a przed nią Lolitka zdejmowała majtki stanowiące największy kawałek materiału, jaki miała na sobie. Chwyciła jej ręce i położyła na swoich sterczących piersiach, mówiąc w tym samym czasie że chce zostać policjantką i chce iść na resocjalizację, co akurat byłoby niegłupim pomysłem. Ona spoglądając pod prawą piersią Lolitki zobaczyła przy barze Jego. Otoczony wianuszkiem nagich kobiet, z których każdą mógłby kupić sobie na wieczór, patrzył prosto na nią i… rozbierał ją wzrokiem.
poniedziałek, 27 lutego 2012
tygrysek
Zadziwiające jest, jak mężczyźni kreują swój własny wizerunek i perswadują do modyfikacji postaw. Zazwyczaj jednak w przedbiegach spaprają wszystko opowiadając o swoich podbojach miłosnych, hucznych imprezach i laleczkach, które puścili kantem a później … zonk, okazuje się, że nowo poznana jest w miarę normalna, facjatowata i czasem nawet warta zachodu i w związku z tym zasadnym było ukonkretnić i objaśnić wcześniejsze korzystanie z męskiego prawa powszechnej głupoty. Kurwa. Wiadomo, że kobiety kochają sukinsynów, ale fascynacja taka trwa równie krótko, co męski średniej długości wytrysk, co najczęściej kończy się niemiłym swędzeniem lewego jajka. A jeśli faceci wierzą, że każda istota przychodzi na świat z zapisaną na swojej tablicy ilością dobrych rżnięć, i jeśli niewykorzystane w danym momencie – przepadają na zawsze to, dlaczego stosunek predestynowanych rżnięć do uświadczonych realnie wynosi u mężczyzn 2:1? Ale zupełnie nie o tym chciałam, bo chciałam o tygrysku, wyszło o jego ogonku, taka dygresja między jednym łykiem pierwszej kawy a drugim bo jestem dziś misiem o małym rozumku i dużym kacu, zupełnie jakbym już zaczęła odkładać siły na nieubłagalną menopauzę, więc pierdolę sobie dziś jak potłuczona szafa grająca a wy wybaczcie niedysponowanej jej nierówne dźwięki.
wtorek, 14 lutego 2012
antybiotyk
Zawsze obiecuję sobie, że będę nosić jakiś moherowy beret, albo inny wiecheć na głowie, że będę o siebie dbała i nie chędożyła się zbyt długo na mrozie. Że będę nosić zimowe buty i cały ten zimowo – wieśniacki zupełnie nieelegancki zestaw szmat. Wszystko robiłam, witaminki łykałam jak chora antylopa, nosiłam płócienne wyczochrane jesionki, kąpałam się w goracej wodzie i cerowałam kalesony w kroku i c...j – jestem chora jak stąd na drzewo. Nienawidzę być taka niekompatybilna ze światem! Bo wyglądam jak porzucone ptasie gniazdo, cuchnę jak poranna kupa, czuję się jak worek zeszłorocznych kartofli, elokwencją sięgam wyżyn intelektualnych karpia i pierdolę trzy po trzy jakieś fraszki jak Isabel do Kazia. Co jeszcze bardziej mnie hiperwentyluje to fakt, że mam tyyyyyyle tajmu do zrobienia tyyyylu rzeczy a nie chce mi się nawet pierdnąć pod kołdrą a co dopiero unieść zadek i się za coś zawziąć. Pieprzone prątki ogłupiły mnie dokumentnie. Siedzę jak naćpana w domu odmużdżając swój zmielony już beret przez ekranem i oglądając na glona jakieś durne komedie o współczesnych kopciuszkach. Papierek lakmusowy w mojej głowie upstrzony na czerwono, nic nie jarzę i nic już nie wiem. Jakiś męski antybiotyk by się przydał.
wtorek, 07 lutego 2012
urodziny
- nie kochanie, kończysz w tym roku 29 lat, nie 28! – powiedział Emmet popijając swój ulubiony złoty napój - 28 bez żadnych wątpliwości – powiedziała Narcyza będąc już na bani - skoro w 93-cim skończyłaś 10, w 2003-cim 20 to jak wół w 2012-tym kończysz 29 – przeanalizował Emmet patrząc na nią jak na analfabetę w bibliotece - kurwa – pomyślała. Jestem koziorożcem i świętuję wszystko w zimie. Urodzona na początku roku nie byłam przypadkiem rodziców, na który łaskawie się zgodzili. Raczej pieczołowicie zaplanowaną i dobrze zrobioną córusią, której co jakiś czas przypomina się o koniecznej wdzięczności za ów czeladniczy majstersztyk. Narzekać nie mogę, rodzice sprawili się na tyle dobrze, że myślę mocno logicznie, współczuję szczerze, kocham całym sercem a piękno w moim przypadku nie jest kwestią punktu widzenia a mimo to na lustrzycę nie choruję. 29 lat nie w kij dmuchał. Już blisko 30-stki co jeszcze kilka lat temu wydawało mi się schyłkiem życia, końcem marzeń i początkiem prorodzinnej drogi krzyżowej. Powoli doszukuję się pierwszych zmarszczek, uchybień zdrowia i gwarancji na skaleczenia. Czuję na plecach cuchnący oddech goniącego mnie czasu, który udowadnia mi, że za stara już jestem na styl emo, leginsy i Ipod’y. Raczej zatrzymałam się na etapie wymiany karteczek z Milanówka, mp3jki i spódnicy do kolan. Zaczynam potykać się o decyzje, które odkładałam na później i o reguły idiotów których zwykłam słuchać. Bywa, że boli mnie głowa i kości, nie zrobię już stania na rękach, nie wypada się puszczać ani dłubać w nosie. Nie wolno strzelać fochów, nosić różowych torebek, wchodzić komuś w słowo i udawać młodszej. Są zasady na bycie 29 letnią damą ale... ...jedno jest jednak pewne! Rozczarowanie wraz z wiekiem nie maleje gdy kulka lodów wypadnie na chodnik z wafelka;)
wtorek, 31 stycznia 2012
wierność
... kończy się na wysokości ud: - genialnie wyglądałaś na swoich urodzinach – napisał Samuel na jej firmową skrzynkę, po tym jak zapewne onanizował się przed jej zdjęciami wrzuconymi do sieci. Pragnął jej. Wiedziała to.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Urodziny
Atrybutem imprez domowych jest fakt, że można się na nich wyluzować i nie dbać o konwenanse, a organizowane w gronie najbliższych znajomych pozwalają na zalanie się w trupa bez specjalnych konsekwencji. Takie uwarunkowania zewnętrzne oraz fakt gwarantowanej pomocy ze strony "odpowiedzialnych" przyjaciół w razie nagłych wypadków sprawia, że uczestnicy imprezy przeobrażają się w zwierzęta, którym puszczają wszelkie hamulce. W minioną sobotę mój łaskawy przyjaciel zorganizował drobną domową prywatkę dla z okazji naszych urodzin. Ja, jako wiarygodny komentator oraz osoba bardziej niż odpowiedzialna, opisuję ją w telegraficznym skrócie:
czwartek, 19 stycznia 2012
Panie
Panie miej w opiece mnie – I chroń mnie przed samą sobą. Fortunae cetera mando.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
chuda
- nie zdradzam męża, tylko ciągle mi się coś w domu psuje – powiedziała Chuda z szelmowskim uśmiechem na ustach – poza tym, zdrada to stan umysłu a ja czuję się naprawdę dobrze.Obwód jej samopoczucia był szczelnie zamknięty a do mózgu nie dopływały żadne wiadomości, że w jej życiu leje jak z cebra.
piątek, 13 stycznia 2012
Dyplomata
Mój przyjaciel śmieje się ze mnie, że kiedy kogoś nie poważam jestem w dupę uprzejma. Jest w tym sporo racji, bo z jednej strony nie widzę powodu, żeby agitować swoje prawdziwe ja byle komu a z drugiej nie ma potrzeby być niemiłym jeszcze w przedbiegach. Wręcz przeciwnie. Po pierwsze nie wiadomo z kim po prawdzie masz do czynienia, po drugie zawsze można zmienić front. Dyplomata musi być zaszczepiony niedyskrecją szampana! Bycie bardzo uprzejmym na co dzień wyciągnęłam z domu rodzinnego. Z czasem jednak mój zakorzeniony savoir vivre został nasączony subtelną ironią, która dla gruboskórnych osobników wydaje się być uprzejmością a czasem nawet lizodupstwem, jednak dla tych bystrzejszych jest oznaką braku szacunku a wręcz potwarzy.
wtorek, 10 stycznia 2012
BABCIA
Wróciłam z „weekendu wnusi” jak zwykle z głową pełną myśli i przewartościowanym sercem. Niby zwykła wizyta połączona z zimowymi porządkami, ale u jakże niezwykłej osoby! Patrzę na babcię i widzę siebie za 60 lat (albo i nie). Widzę silną i naznaczoną życiem piękną kobietę, której każda zmarszczka opowiada osobna historię. Widzę ogromne chęci i nieśmiertelny figlarny błysk w oku, który wyczekuje najmniejszej przygody! Widzę nadzieję na następny dzień, dużo pokory w sercu i wyuczoną cierpliwość. Najbardziej zapadło mi w pamięć, co babcia powiedziała do mnie wieczorem przy kartach: „moja metryka wskazuje 87, moje ciało już za mną nie nadąża, ale w duchu…. w duchu mam ciągle 19 lat”. I co ja kurwa na to? Wodospad łez i zrozumienia, zupęłnie jakby ktoś otworzył w mojej głowie mały luk i wlał światło. Zawsze wiedziałam, że moralność pani Dulskiej w rozmowach z babcią nie ma sensu, bo przecież, ona przeżyła więcej niż ja i być może była większa turbosuką niż teraz jestem ja! I wiem, że kiedy mnie pyta „to jak? jakiś absztyfikant się kręci?” To wiem, że pyta, czy kogoś pukam. A gdy mówi „nie ma co się spieszyć do ożenku” to ma na myśli: baw się póki możesz… Wszystko jest to samo tylko w innej scenerii i z innym opisem! Dusza się kurwa nigdy nie starzeje! W końcu obie mamy 19 lat! Tylko ze ona od 68 a ja od dopiero 8! Z miłości i z niemocy!
poniedziałek, 09 stycznia 2012
nie ten
Nikt nie lubi tracić kontroli nad sobą i szukać uciekających i rozbiegających się po podłodze szarych komórek. Narcyza już po drugim spotkaniu wiedziała, że z nim nie pójdzie na wrzosowisko i że kawę robi za mocną, w pracy jest odpowiedzialny, w domu samodzielny w ramionach ognisty, a w uczuciach niestały. Wiedziała, że znajomości z „tymi, których powinno się omijać” kończą się źle, lub chujowato. Lukrowanych rozwiązań nie będzie. Stepujących misi też nie. Jak często podejmowała absurdalne decyzje? Rzadko. Zawsze panowała nad sobą i znała granice między trzymaniem się za ręce a wdychaniem czyjegoś powietrza. Wiedziała tez, że wiązanie się z łobuzem jest tak samo gówniane, co podcieranie tyłka od tyłu do przodu. Nie tęskniła z miłością, a raczej za popapranym ceremoniałem bycia razem stąd klepowisko w jej głowie. Porady przyjaciół były trafne jak inwestycje w pinezki, jej własne myśli zresztą też. Narcyza wiedziała z kim ma do czynienia ale wszystko im sprzyjało, zupełnie jakby los chciał ją kopnąć w dupsko swoją ludzką nogą. Co tu zrobić, żeby nażreć się śliwek do bólu a potem nie chorować?
czwartek, 15 grudnia 2011
kłopoty
Kłopoty zaczynają się, kiedy między dwojgiem ludzi w łóżku zaczyna się szczera rozmowa. Kiedy koronkowy gorset zamieniasz na starą, wyświechtaną koszulkę z logiem Picnic Country 1998, kiedy tusz i puder wymieniasz na tłusty krem na noc, kiedy wino ciepłą herbatą się staje a jego palce na twoim brzuchu zaczynają mówić ustami. Kiedy seks nie jest tylko rozkoszną sejsmiką a przyjemnością rozłożoną na wielu poziomach duszy, kiedy robiąc kroki w innym kierunku zbliżacie się ku sobie, kiedy z kochanków płynnie przeobrażacie się w przyjaciół i kiedy w oczach pożądanie rozpala się w coś na kształt czułości.
wtorek, 22 listopada 2011
warto
Coś mi się ostatnio zbiera na sentymenty… i mimo, ze mnie od nich mdli, to zastanawiałam się ostatnio, czy mając mężczyznę, z którym dzielisz dom i którego kochasz, bo uczynił dla ciebie więcej niż jakakolwiek religia i z którym wszystko układa się jak w bajce. Co więcej, wiesz, że zawsze poda ci pomocną dłoń, że z nim będziesz miała udane i bezpieczne życie, że jest pokryciem twoich wszystkich marzeń i obietnic, że kocha cię ponad wszystko i że jesteś jego absolutnym aksjomatem, najlepszą nagrodą… czy warto rzucić to wszystko dla kogoś, kto jednym spojrzeniem powala cię na kolana i karze błagać o następne? Dla kogoś, kto wyzwala w tobie najdziksze rządze i nieposkromione uczucia, których w sobie nigdy nie widziałaś i… wiesz, że już nie zobaczysz. Uczucia takie, że za jedną noc z nim jesteś w stanie wyrzec się wszystkiego. Domu, mężczyzny, marzeń, wszystkiego, co budowało twoje życie? Warto? Nie mając pewności, że to będzie trwało, choć chwilę, czy doczekasz się jutra... i czy w ogóle się zacznie? Czy znajdziesz w sobie tyle odwagi na taki akt uczuciowej apostazji? Czy będzie to dla ciebie świadectwem, że mężczyzna, z którym jesteś nie jest twoim prywatnym bogiem, twoją piątą porą roku, czy może dowód na to, że biblioteka twojego serca ma więcej książek, w których możesz rozkoszować się każdą pojedynczą linią, aż do nieskończoności a których sama znaleźć na półkach nie potrafisz, czy może nie wolno się poddawać chwilowej słabości, a pewniej stąpać po betonowym gruncie i ślepo ufać zardzewiałym drogowskazom? W końcu, jeśli nie muśnie cię promień słońca to cię nie oparzy…. Znajoma pytała o radę… Nie wiem, jaki kolor ma jej dusza, ale ja dla jednego takiego uczucia oddałabym tysiąc innych, bo ta chwila to nasze życie.
wtorek, 15 listopada 2011
szczęśliwa
- no trochę mi jeszcze brakuje do mojego samochodu marzeń - porsche 911 – powiedział siedząc na jej skóropodobnej kanapie, której producent najwyraźniej często mijał się z prawdą w opisie swoich produktów - porsche? Nie jest chyba aż tak nieosiągalne? – spytała zdziwiona - jest. Takie, jakie bym chciał, czyli (tu jego słowotok wyrzucanych chaotycznie obcobrzmiących nazw i symboli opisujących owo cacko) kosztuje około 300.000 euro - acha, to rzeczywiście może ci trochę brakować – powiedziała z przekąsem - jakieś 2 dolary – uśmiechnął się do niej uprzejmie Pomyślała, że różnica ciśnień w portfelach jest wprost proporcjonalna do trudności, z jaką rozmawiała o pieniądzach. Weź tu kurwa powiedz, że pieniądze szczęścia nie dają, że są tylko środkiem, nie celem, że nie wszystko można za nie kupić, skoro większość rzeczy można mieć za jednym pociągnięciem złotego plastiku. Nie miała takich problemów. Prowadziła w końcu ustabilizowane życie na średnim krajowym poziomie wiecznie walcząc z debetem na jej jeszcze studenckim koncie. Wiedziała, ze każdy jest wart dokładnie tyle, za ile potrafi się sprzedać. Rozumiała to. Była szczęśliwa. On był też.
poniedziałek, 24 października 2011
krawat
Żyjemy w świecie przymusu piękna i doskonałości. W świecie, w którym bycie cool jest conditio sine qua non dla posiadania przyjaciół i fajnego życia. W świecie, w którym indywidualne umysły są samotne i niezrozumiane, uważane za nudne i pojebane aljeny, których nikt nie zaprasza na bifor przed imprezą, bo tylko zabierają powietrze. Doksokracja i nacisk społeczny oplatają nas i wzmagają unifikację pseudointeligentnej społeczności XXI wieku, która legitymuje się kasą i wszystkim, co jej pochodne. Jak facet nie ma fajnych butów z krokodylem, fury z magnezem na cipki, irokeza na głowie, fajnego sikora, nie bywa w klubach, nie ma Iphone’a, nie rucha laleczek, to jest leszczem. Jak kobieta nosi rajtuzy i torbę z CCC, jak nie poważa solarium, nie chodzi do Czajki, nie nosi szpilek, nie używa Chanel i nie bierze do buzi, to jest cipą i jest słaba. Jak się puszcza jest suką, jak się nie puszcza też jest suką. Jak nie ma portfolio modelki, fajnych zdjęć na Fejsbuku, tabunu znajomych i przyjaciółek z pasemkami w odcieniu złocisty blond to najbezpieczniejszym miejscem będzie dla niej biblioteka. Jak nie używasz sześciu komórek, nie wiesz, kim jest Zień, nie bywasz w Platynie, nie lubisz sushi i nie masz koleżanek/ kolegów plus, to prawdziwy wsiun par excellece z ciebie i na nic zda się piękny umysł twój i dobre serce, które w tym pojebanym świecie w kształcie banana nie są już corvus albus. Być sobą, to można, ale tylko we śnie. Negliż duszy jest niepożądany, jeśli nie chcesz wystawić się na publiczną krytykę. Wszyscy są hipokrytami obrastającymi w pozory, które na stałe wtopiły nam się w skórę. Przecież nie powiem nikomu, że zawsze lubiłam wyszywać w kanwie systemem krzyżykowym, bo wyszłoby na jaw, że wiem więcej na temat odcieni mulin niż kolorów cieni w mojej szanelce, co jednoznacznie wskaże na moje pozakrawatowe pochodzenie, które skrzętnie ukrywam pod stołeczną tablicą rejestracyjną mojej wylansionej na maksa fury. Nie dam też po sobie poznać, że lubię szanty, oranżadę w proszku, bezdomne kundle i lumpeksy a najlepszą porą dnia jest poranek z kawą w rodzinnym domu, a wszystko wedle zasady, że jeśli chcesz mieć przyjaciół – nie mów im prawdy o sobie.
piątek, 21 października 2011
wyłączność
Oficjalny brak możliwości puszczania się na prawo i lewo (no bo wreszcie po epoce lodowcowej nastała odwilż), jak to zwykłam uskuteczniać w niedalekiej przeszłości oraz wskaźnik zadowolenia wskazujący 9 na 10 w skali pomiaru libido, nakazuje mi się głębiej pochylić nad refleksją czy aby istniejący dysonans poznawczy w mojej głowie spowodowany jest zaskakującym wnioskiem, że jeden facet może cię lepiej zadowolić niż zgraja przystojniaków wedle uznania? Może i taaa..., w końcu jedna erekcja samcem nie czyni! Jestem umiarkowaną oportunistką a jednak możliwości nawilżenia się w każdej chwili mam więcej niż Pinokio drzazg na chuju a wytęsknionych kochanków, których porzuciłam dla mojej aktualnej słabości w klimacie północnym i czekających aż się odkocham - również sporo. Życie jest takie frustrująco współczesne, zbyt ukośne i pełne umięśnionych pokus. Mężczyźni są jak cheeseburgery w McDonaldsie – na całym świecie i o każdej porze smakują tak samo, plotki przyjaciółek jak dalmierze laserowe – mierzą odległość bez potrzeby jej przebywania, błędy jak nieprzespane noce, nie można ich odespać. Cały świat to jedna wielka pierdolona okazja. I mimo że On jest daleko i uskuteczniamy coś na kształt związku na odległość w które nie wierzę przez co najchętniej zmieliłabym swoje serce, usmażyła i zjadła. I mimo, że nie widzę realnej możliwości na bycie jak groszek z marchewką, to rozumiem czemu ciągle wraca a ja nadal czekam. I nie dziwię się. Jakbym była nim, sama bym siebie bzykała oporowo, bez limitów, w nieskończoność i na wyłączność. Ha!
piątek, 14 października 2011
słuchasz?
Po raz pierwszy od dłuższego czasu ktoś patrzył na mnie nie jak na przedmiot pożądania, piękny towar na kryształowej półce a w sposób zupełnie dla mnie nieuchwytny, jakby przeniknął ciało z obojętnością która zamrażała krew i dotarł do samego środka głowy. Tak jakby smak moich słów był dla niego cenniejszy niż smak moich ust a sens wypowiedzi był jego ultymatywnym zamiarem. Moje słowa wsiąkały w jego głowę szybko, łapczywie wsysane przez szare komórki, gdzie przechodziły gruntowny rezonans i wypływały jako gładka wypowiedź. Ktoś mnie naprawdę słuchał!
wtorek, 20 września 2011
wtorek
Na pohybel wtorkom, bo to najbardziej chujaszczy dzień w tygodniu. W poniedziałek to się mnie w pakiecie nic nie chce, ale idę do pracy z tlącą się nadzieją, że może jakieś wióry polecą albo chociaż ktoś złamie nogę. We wtorek zazwyczaj dowiaduję się, że mój szef i jego ustabilizowany pierdzący ekosystem mają się nadzwyczaj dobrze a w stanie zagrożenia absencją, przeczołgają się nawet pod huraganem Katrina, żeby tylko dosiąść swego wiernego peceta, przed oficjalnym czasem pracy ofkors. Środa ciągnie mi się jak niektórym ciotkom cycki, ale praktycznie zamyka tydzień pracy. Pozostałe dwa dni traktuję jako smutną formalność i pierdolę wszystko w czapkę. Nooooo ale wtorki czasami nas zaskakują…. szczególnie kiedy są czarne, jak 11 września 2001 roku czy 13 czerwca 2006 roku i jakoś tak wypada, że nigdy ni kuta nie są wolne od pracy a tłusty oznacza jeszcze koniec karnawału więc już w ogóle supcio. Mnie dziś od rana zaskoczył kierownik od tyłu ze stertą jakiś papirów a później w głowie utliła mi się ajdija zakupu jakiegoś kremu na zmarszczki, bo właśnie dzisiaj moje odbicie w lustrze musiało mnie również zaskoczyć. Ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego musimy się zmieniać i starzeć, to jest takie niepotrzebne. Jestem jak żona Newtona, która wie, żeby nie stawiać puderniczki na kancie blatu – bo spadnie, ale nie do końca rozumie, dlaczego siła ciążenia musi działać akurat na jej puder sypki. Nie kumam tej wtorkowej złośliwości i nie akceptuję tej żlebiącej się rysy na moim gładkim jak szkło czółku. Jak zwał, wtorek, utorek, torek, wałtor jest dniem spod mglistej pizdy i nic nie zmieni jego smutnego zabarwienia. |